Historia siatkówki

To już 20 lat od śmierci legendy polskiej siatkówki

 Wybitny sportowiec i siatkarz, mistrz olimpijski, uczciwy i odpowiedzialny człowiek. Tak o Wiesławie Gawłowskim, legendzie siatkówki, wypowiadali się koledzy z drużyny. Na świecie panowało przekonanie, że gdyby miał o 10 cm wzrostu więcej, byłby numerem jeden w światowej siatkówce. 

Miał 180 cm wzrostu, a koledzy z drużyny nazywali go ,,Małym”. Jednak mimo takich warunków fizycznych nic nie stanęło mu na przeszkodzie do zdobycia mistrzostwa. Karierę rozpoczynał w Lechii Tomaszów Mazowiecki, był tam atakującym. W wieku 16 lat grał już w młodzieżowej reprezentacji kraju. Kiedy zaczął studia, z Tomaszowa przeniósł się do Warszawy i rozpoczął grę w warszawskim AZS-ie AWF-u, gdzie zmienił pozycję na rozgrywającego. W 1970 roku wziął udział w swoich pierwszych mistrzostwach świata w Sofii, o czym później napisał nawet pracę dyplomową. Jej tematem była analiza gry polskiej reprezentacji na tym właśnie turnieju. Biało-czerwoni zajęli wtedy piąte miejsce. Trzy lata później drużyna zyskała nowego trenera – został nim Hubert Wagner o pseudonimie ,,Kat”.

Lubiany przez wszystkich w drużynie

Koledzy mówili o Gawłowskim z sympatią i szacunkiem, na które bez wątpienia zasłużył. Potrafił rozładować wszelkie kłótnie w drużynie czy pomiędzy zawodnikami a trenerem.  Zawsze starał się dostrzec rację w zdaniu każdej ze stron. Trener Wagner wierzył w Wiesława tak mocno, że na igrzyska w Montrealu zabrał go jako jedynego rozgrywającego. Decyzja okazała się być słuszna, bo biało-czerwoni wygrali z ZSRR i zdobyli złoty medal. Dobra passa Gawłowskiego trwała jeszcze przez długi czas. Niedługo później został kapitanem drużyny, która oprócz złotego medalu MŚ i IO zyskała jeszcze trzy srebrne medale mistrzostw Europy. Gawłowski od 1969 roku przez kolejne 21 lat zagrał w reprezentacji aż 366 razy, to rekord w historii drużyny Wagnera.

Na jego pogrzebie koledzy śmiali się w głos, mówili że nic innego im nie zostało

Koledzy mówili o nim w samych dobrych słowach, jednak jego nadzwyczajna skromność nie pozwala mu w nie wierzyć.  Wiesław 14 listopada 2000 roku jechał Volkswagenem Passatem z Budzanowa do Białołęki. Przez drogę przejeżdżał traktor z dwiema przyczepami pełnymi buraków. Słońce oślepiło siatkarza i niestety nie zauważył, że przyczepy są dwie. Zginął na miejscu, w wieku 50 lat. W dniu jego pogrzebu, najlepsi przyjaciele śmiali się w głos. Powiedzieli wtedy, że jeśli tak wspaniałe osoby giną w tak absurdalny sposób, to pozostaje już tylko się śmiać, żeby nie zwariować.

Sprawdź również

Komentowanie wyłączone.

Więcej w kategoriiHistoria siatkówki